czwartek, 3 listopada 2016

Urodzinki!



I już zleciało..
Szybko. Stanowczo ZA szybko..
W każdym razie pozdrawiam i przepraszam tych, którzy tu są i czytają.
Wiem, że nie jestem tu zbytnio aktywna, ale to mój drugi blog, na pierwszym nie jest lepiej.
Jestem w klasie maturalnej co oczywiście charakteryzuje się nawałem obowiązków i ciężkiej pracy.
Nie zamierzam skończyć z pisaniem, mimo że ostatnio idzie mi to opornie.
Mam głowę pełną pomysłów i chce je wprowadzić. 
Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale jedno powiem na pewno.
Pisanie jest jedną z rzeczy, którą lubię najbardziej i jakoś mi to wychodzi. 
Czasem lepiej czy gorzej, ale idzie.. 
W każdą z postaci, którą tworzę daję cząstkę siebie więc czuję się z tym wszystkim związana.
Trudno by mi było to opuścić.
Obiecuję, że poprawię swoją aktywność, a póki co..

Życzę Wam wszystkim i sobie również smacznego urodzinowego torcika ;* 



poniedziałek, 27 czerwca 2016

V Coś nie tak, kochanie?

Otaczała mnie ciemność. Nic nie słyszałam, nic nie widziałam. Jedynie czułam. Co czułam? Ruch, którym się nie przejęłam. Milusie futerko wtulało się w moją szyję, a wczoraj się nawet nie pokazała. Niewdzięczna bestia, ale kocham ją jak głupia. Cicho mruknęłam, a ta lekko połaskotała mnie swoim ogonem. Postanowiłam otworzyć oczy, a gdy to zrobiłam natychmiast podskoczyłam wystraszona przez co futrzana kulka zleciała ze mnie, a ja poleciałam na podłogę. To co przed sobą zobaczyłam wystarczyło żebym nie wstawała. Obcy facet. W moim łóżku, a dodatkowo dziwnie się uśmiechający. No powiedzcie, kto by się nie wystraszył? Ja na pewno, zwłaszcza, że dopiero się obudziłam.

- Coś nie tak, kochanie? - Wyjrzał z szerokim uśmiechem, a ja się odsuwałam. Widząc to zaśmiał się. - Spokojnie Vico - wyciągnął dłoń.

- Coś ty za jeden? - Zapytałam niepewnie i powoli usiadłam.

- No co ty? Nie mów, że nie poznajesz - cały czas się uśmiechał. Nie mogłam oderwać wzroku od jego twarzy. Przypominał mi kogoś. Uśmiech, oczy, rysy twarzy, a nawet te jego zasrane zęby, jakkolwiek to brzmi. Kiwnęłam lekko głową na nie. - No błagam - jęknął. - Andrew, kojarzysz? - Powiedział, a mnie zatkało. Andy? Mój Andy? - Powtarzałam w myślach, a potem nie hamując się rzuciłam mu w ramiona z piskiem. Wywalił się do tyłu siedząc na łóżku przez co leżałam na nim przytulając się. On również mnie objął i chwilę tak leżeliśmy.

- Tęskniłam - szepnęłam, a ten mnie mocniej ścisnął przez co się wtuliłam.

- Ja też - usłyszałam. - Miałem być wczoraj, ale spóźniłem się na samolot i dopiero w środku nocy dotarłem do miasta.

- Nie szkodzi. Liczy się fakt, że w ogóle się pojawiłeś.

- Wyglądałaś na mnie? - Zwalił mnie i zawisł na górze z wrednym uśmiechem. Poczułam ciepło na policzkach, a w porównaniu z nim jestem malusia. Wyrósł i wyprzystojniał. Spojrzałam na jego twarz. Uśmiech i oczy wyglądają jak za dawnych lat, ale w tych niebieskich kryształkach jest coś co przyciąga do niego bardziej niż kiedyś. Nie ma już uroczego chłopca, który odjechał. Pojawił się dorosły mężczyzna, którego ciało zdobią różne tatuaże. Aż korci żeby zerwać z niego tą czarną koszulkę i każdy obejrzeć czy pomacać. Nie! Chwila! Stop! Dopiero przyjechał, a ty już go chcesz rozbierać. Spokój dziewczyno! - Strzeliłam sobie w myślach w czoło i wróciłam do rzeczywistości, a chłopak się mi przyglądał. - Halo. Odleciałaś? - Zaśmiał się lekko.

- C-Co? Nie - odezwałam się. - Zamyśliłam się tylko.

- A odpowiesz na moje pytanie? Ciekawy jestem, czy na mnie wyglądałaś.

- Wyglądałam. Ciekawiło mnie na jakiego dupka wyrosłeś - uśmiechnęłam się lekko.

- I co myślisz?

- Nie wiem. Daj mi kilka godzin na ocenienie sytuacji.

- Dobra. To po śniadaniu pokarzesz mi okolicę, nie?

- Jeśli masz smycz ze sobą. Nie chciałabym być odpowiedzialna, za to że się zgubiłeś - uśmiechnęłam się wrednie, a ten wywrócił oczami. Po chwili jednak się zebraliśmy i zeszliśmy na dół. Tam już czekali na nas ze śniadaniem. Dochodziła jedenasta, no nieźle, a taki ze mnie ranny ptaszek. Moja mama wyściskała, wycałowała i wytarmosiła poliki Andy'ego, a w przypadku ojca było to zwykłe uściśnięcie dłoni. No.. Na początku. Potem go wziął w ramiona na chwilę. Wszyscy się stęsknili i przy stole panowała ciekawa atmosfera. Rodzice wspominali, śmiali się i co chwile wypytywali chłopaka więc w spokoju zjeść niestety nie mógł. Ja byłam jeszcze w piżamce, bo nie dał mi się ogarnąć dlatego szybko zjadłam i popędziłam do pokoju ubrać się. W końcu coś innego niż mundurek. Nie jest brzydki, ale ile można ciągle w takich samych szmatach chodzić? No nawet mi się to znudziło. Podeszłam więc i zaczęłam przeglądać szafkę. Spódnica? Nie, nie lubię. Krótkie spodenki? Może kiedy indziej - zaczęłam wybrzydzać. Od kiedy ja się tak stroję?  Westchnęłam i wyjęłam bordowe spodnie i czarną bluzę z ciekawą interpretacją loga Disneya. Do tego ciemne buty nad kostkę i tyle. W łazience się ubrałam i machnęłam tuszem rzęsy, a włosy związałam w wysoką kitę. Gdy tylko weszłam do pokoju o moje nogi zaczęła się ocierać Hexa - moja kicia. Lepiej nie pytać skąd pomysł na takie imię. Wzięłam ją na ręce.

- Co mała szujo? - Podniosłam ją na wysokość twarzy siedząc na łóżku. - Widziałaś kto przyjechał? Andy, ten frajer co ci o nim opowiadałam - zaśmiałam się lekko i głaskałam kotkę na swoich kolanach.

- Frajer już zjadł i jest gotowy do wyjścia - ni z gruchy ni z pietruchy przede mną stał White.

- To chodźmy - kociak uciekł.

- Twoja kicia mnie znacznie milej traktuje niż ty - patrzył w kierunku kota.

- Nie ma się co cieszyć. Ona to robi dla własnych korzyści - poklepałam go po ramieniu mijając.

- Nie wierzę ci - szedł za mną.

- Twój wybór - wzruszyłam ramionami i zeszliśmy na dół. Powiadomiłam kogo trzeba, że wychodzimy i opuściliśmy dom. Nie miałam pojęcia gdzie iść więc po prostu spacerowaliśmy po mieście i pokazywałam mu różne zakamarki i ciekawe miejsca.

- Jak tam w ogóle u ciebie? Jak szkoła? Jacyś znajomi? Chłopak? - Zapytał gdy szliśmy ulicami miasta. Nie miałam pojęcia co powiedzieć, a przecież było wiadome, że poruszymy ten temat.

- Nie jest źle, ale szkoła z internatem nie jest szczytem moich marzeń - odpowiedziałam. Nie okłamałam go, a tylko ominęłam zgrabnie resztę pytań. Niestety tylko na chwilę.

- Na pewno. Fajni ludzie?

- Zależy jak rozumieć to fajni - westchnęłam, a on spojrzał na mnie pytająco. - Same snoby myślące o sobie - wytłumaczyłam.

-  Yhym..  -mruknął. - Czyli dobra duszyczka w tobie nadal żyje - wyglądało jakby się cieszył i wziął mnie pod skrzydło. Już miałam coś powiedzieć gdy usłyszałam ten głos.

- Victoria! - Spojrzałam w tamtym kierunku i zobaczyłam Santosa. - Cześć - poszedł do nas.

- Hejka - wymusiłam lekki uśmiech. Sorki kolego, ale nadrabiamy z Andym, a nie chce żebyś coś palnął.

- Jednak udało ci się z kimś wymknąć od rodzinki - mierzył mojego towarzysza wzrokiem.

- Nie. To między innymi z nim miałam spędzić weekend. Andy, poznaj Santosa. Santosie, to jest Andy - wytłumaczyłam, a ten spojrzał dziwnie. Zaraz potem jednak się lekko uśmiechnął i wyciągnął dłoń.

- Santos Echague, miło poznać.

- Andrew White - uścisnęli sobie dłonie. - Znacie się ze szkoły?

- Yup. Jestem jej wrzutem na tyłku - zaśmiał się brunet.

- Czym takim? - Zdziwił się Andy.

- Wrzutem na tyłku, czymś nieprzyjemnym. Kojarzysz? - Wyglądał na rozbawionego. - Twoja kuzyneczka mnie nie trawi coś, a nie wiem czemu, bo miły jestem - cały czas się szczerzył.

- Vico ma po prostu uczulenie na niektóre gatunki ludzi - zaśmiał się Andrew i na mnie spojrzał, a ja wymusiłam sztuczny uśmiech. Obecność Echague psuje mi humor.

- Zdążyłem zauważyć. Amber i jej damy dworu, albo Melania, Peggy i wszyscy inni ze szkoły. Dla mnie była z początku miła, a teraz traktuje mnie coraz gorzej - powiedział, a przez to ja czułam na sobie badawcze spojrzenie. Nic nie mówiłam, a Andy nie pytał jakby rozumiejąc, że nie chce o tym teraz gadać. Wrócił więc wzrokiem do Santosa.

- Znam się z Vico już dobre lata więc musi mieć powód kolego i prędzej czy później ci go wykrzyczy albo jakoś da do zrozumienia - poklepał go przyjacielsku po ramieniu.

- Domyślam się - westchnął. - Macie jakieś plany czy coś? Mogę dołączyć? - Co? No chyba nie. Spadaj człowieku. Nie chce cie tu. Myśl Victoria! Myśl! Mam!

- Nie obraź się Santos, ale my już wracamy do domu. Nasi rodzice na nas czekają - szybko powiedziałam nie dając dojść do słowa Andy'emu.

- Eh.. No dobra. Trudno. Następnym razem - westchnął. - Miłego dnia - pomachał i odchodził. Tak! Polazł sobie! Wewnętrznie normalnie skaczę z radości.

- Czemu spławiłaś tego biedaka? - Zapytał White gdy tylko ruszyliśmy.

- Biedaka? On tylko na takiego wygląda.

- Czyżby? Ponoć nie masz dobrych relacji z ludźmi. O co chodzi?

- O nic. Gadał bzdury. Nie słuchaj go - wzruszyłam ramionami.

- Yhym.. Skoro tak mówisz. Pamiętaj, że możesz mi wszystko powiedzieć.

- Pamiętam. Po prostu nie ma co opowiadać. Jakby się coś nie tak działo bym ci się wypłakała w ramię.

- Przecież ty rzadko płaczesz.

- No właśnie, bo się nie przejmuję. Ty też tak zrób i olej to -powiedziałam kończąc temat. Andy westchnął ciężko i już się nie odezwał. Zwiedzaliśmy dalej okolicę. Na poprawienie naszych humorów, bo obojgu Santos jakoś zaszkodził, poszliśmy do pijalni czekolady. Przytulne wnętrze, wszędzie coś powiązane z kakaowym bóstwem. Po prostu idealnie. Specjalnie usiedliśmy w kąciku żeby nikt nas nie widział i zamówiliśmy bombę kaloryczną. Ciasto, ciasteczka, czekoladę pitną jak i w tabliczce, do tego jakiś czekoladowy pudding. Wszystko co chcieliśmy. Jedliśmy, śmialiśmy się i całe nasze twarze były w czekoladzie. Jak dzieci. Kelnerka chodząca między stolikami patrzyła na nas jak na wariatów. Wesołych nastolatków nie widziała? Bywa. My właśnie nadrabiamy to czego nie było tyle czasu.

- Fleja z ciebie - śmiałam się gdy wychodziliśmy z lokalu.

- Ze mnie? To ty miałaś całą twarz w czekoladzie - potargał mnie z szerokim uśmiechem.

- Uwielbiam czekoladę. To się nie zmieni - pokazałam mu język, za który chciał mnie złapać, ale go szybko schowałam. - A ty co?! - Uniosłam się lekko, ale byłam wesoła jak nigdy.

- Nic. Złapać go chciałem - puścił mi oczko.

- Mój język jest mój. Spadaj - znowu go wystawiłam i szłam przed nim tyłem.

- Krowa ma dłuższy i uważaj bo kogoś staranujesz - śmiał się.

- Będę robić co chcę panie mądraliński. I pamiętaj, że w domu mi tatuaże pokazujesz - puściłam mu oczko.

- Zmacasz mnie?

- No pewnie. Każdy obejrzę - poruszyłam brwiami, a ten śmiejąc się pokiwał głową. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast tego mnie łapał, bo poczułam jak się od kogoś odbijam. - Dzięki - szepnęłam, a ten puścił oczko i pomógł mi ustać. Spojrzałam na osobę żeby przeprosić, ale zaraz mi przeszło.

- Uważaj jak łazisz cholero! To Versace! - Wściekły wzrok Amber spotkał się z moim. - O! Sierotka Marysia! Już wszystko wiadome! Zapłacisz mi za to szmato! - Wydzierała się, a jej damy dworu szukały w torebkach czegoś, bo na koszulce miała plamę po szejku truskawkowym.

- Spokojnie. Co tak krzyczysz? Po prostu na ciebie wpadła, a to się spierze - Andy mnie objął i zrobiliśmy krok do tyłu.

- Spierze!? Spierze!? Wiesz co ty mówisz człowieku!? To oryginalne ubrania! Zniszczyła je! Jak ja mam w tym chodzić!? Tu nie ma żadnych porządnych sklepów, a byle szmaty nie założę!

- Amber! - Krzyczała na niego więc wkroczyłam. - Nie wyżywaj się na nim! To ze mną masz do cholery jasnej zawsze problem! Dobra! Zniszczyłam ci tą szmatę, ale nie specjalnie! Oddam ci kasę tylko zamknij ten swój krzywy ryj, bo mi zaraz przez ciebie głowa eksploduje! - Już nie zwracałam uwagi na nic byleby się zamknęła, bo zaraz w to wszystko wplącze i chłopaka, a tego nie chcę.

- Sama masz krzywy ryj! Taka dobrą udajesz, a kto wie co masz za uszami! Patrzcie, oddaje kieszonkowe na cele charytatywne! Jestem taka święta! - kpiła sobie, a ja nie wytrzymując strzeliłam jej z liścia prosto w twarz. Blondynka złapała się za niego i spojrzała w szoku.

- Nie zadzieraj ze mną bo to jeszcze nie koniec! Victoria dopiero pokaże pazurki! Aa! - Poczułam jak tracę grunt pod nogami i nim się obejrzałam Andy mnie przerzucił przez ramię i gdzieś niósł. - Puść mnie. Niech ta flądra wreszcie usłyszy co o niej myślę. Od początku mnie gnębi! Od początku! - Biłam go po plecach, ale uparcie szedł dalej. - Andy noo.. - jęknęłam.

- A teraz gadaj co tu jest grane, bo mnie jasno okłamujesz - posadził mnie na ławce i patrzył chłodno. Nie miałam wyboru. Pod emocjami, cała wściekła opowiedziałam mu wszystko. Dowiedział się jak jest naprawdę w szkole i co tam mam. Jakie są moje relacje z ludźmi. Nie ukrywałam nic. Ufam mu całkowicie. W pewnym momencie po prostu zaczęłam mu się żalić, a oczy mnie szczypały.

- Dlatego tak nienawidzę tej szkoły - podparta rękami o kolana i z twarzą w dłoniach czułam jak siada obok i mnie obejmuje a potem opiera o siebie tuląc. - Nie mam wsparcia w nikim. W nikim. Nawet we własnych rodzicach - szepnęłam, a ten mnie pocałował w czubek głowy. Wtuliłam się. Poczułam jego perfumy. Dodawały mu tego czegoś, a lekka woń okropnych papierosów idealnie się wkomponowała. Tego mi brakowało, jego ramion, które mnie tulą i jego samego. Zawsze wiedział czego mi w danej chwili potrzeba. Znał mnie na wylot.

- Więc tym bardziej się cieszę, że jestem. Potrzebujesz tego, a ja..  
_____________________________________________________

Kolejny rozdział za nami. 
Jak było?
Podoba się?
Zmienić coś?
Czekam na wasze opinie ;)
Ps. Osobo wiadoma, obiecałaś mi coś. Skrob, skrob kochanie ;*


czwartek, 31 marca 2016

Informacja

Z przykrością informuję, że nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział.
Były święta, ale mam bardzo mało napisane. 
Niestety mamy już kwiecień. Muszę się wziąć za poprawianie ocen i wyciąganie ponieważ na cztery tygodnie idę na praktyki, a jak wracam jest wystawianie i koniec.
Nie wiem jak będzie z czasem wolnym. Nie wiem jak będzie z możliwością pisania rozdziału.
Postaram się coś dodać, ale nic nie obiecuję.
Jak tylko zapierdziel się skończy postaram się dawać rozdziały częściej.
Bardzo przepraszam i pozdrawiam serdecznie :*

niedziela, 14 lutego 2016

IV Niczym ćma

Uwaga. Może występować duża ilość wulgaryzmów, zwłaszcza na początku.
_________________________

Co kurwa?! Jak to nie on!? Przecież byłam pewna! Jasna cholera.. Narobiłam Kastielowi kłopotów i chodzi wściekły szukając kapusia, a tu nagle przychodzi Amber i.. Śmieje mi się prosto w twarz. No kurwa! Pomyliłaś się Lozano! Kurwa pomyliłaś! Doyle jest nie winny, a ty dosyć, że go wkopałaś przed rodzicami to jeszcze sobie kurwa zaszkodziłaś. 

- A w cholerę z tym wszystkim! - Rzuciłam telefonem, a ten się rozleciał na kawałki. Najlepsze jest kurna to, że to nie Kastiel a Amber za wszystkim stoi. Dodatkowo ta cizia się domyśliła, że ja odpowiadam za przyjazd rodziców czerwonowłosego, fajnie nie? Tylko czekać, aż wykorzysta to przeciwko mnie.

- Ej! Kto tam jest? - Usłyszałam nagle znajomy głos. No kurwa, nawet w mojej kryjówce mnie znajdą..

- Ktoś kto cie zepchnie z tego dachu jak mi się pokarzesz na oczy - mruknęłam i słyszałam za  sobą kroki.

- Vico? Co ty robisz na dachu? - Usiadł koło mnie.

- Relaksuje się, nie widać? - Prychnęłam.

- Na dachu? To trochę ryzykowne.. - usiadł obok mnie.

- Skoro tak to co tu robisz? - Nawet na niego nie spojrzałam tylko patrzyłam przed siebie.

- Z nieba zleciał telefon. Nawet całkiem wytrzymały, bo tylko rozleciał się na kawałki. Zainteresowałem się i chciałem podziękować niebiosom dlatego wszedłem, żeby być ich bliżej - powiedział, a ja mimowolnie prychnęłam i wykrzywiłam usta w uśmiechu. - Tak dużo lepiej - czułam jak odgarnia mi włosy za ucho. - Co jest? Czemu ostatnio taka jesteś? W bibliotece byłaś inna..

- Widocznie miałam lepszy dzień czy coś w tym stylu - objęłam kolana przyciągnięte do siebie rękoma.

- Czyli taka jest Victoria na co dzień? Wredna, nienawidząca ludzi, uciekająca na dachy - zaczął wymieniać.

- Nic o mnie nie wiesz, Santos. Jestem skomplikowanym organizmem.

- Organizmem? Jeszcze nie słyszałem żeby ktoś tak na siebie powiedział. Ty jesteś po prostu oryginalna, inna niż wszyscy, którzy cie otaczają.

- I nie mam się z czego cieszyć. Dogadać się z nikim nie mogę, jestem jak dziwoląg. Wyobraź sobie stado motyli a wśród nich ćmę, którą jestem. Do najpiękniejszych okazów nie należy i nie pasuje do reszty. Psuje scenerię. Nikt jej nie chce - patrzyłam na jedno, wielkie drzewo w szkolnym ogrodzie. Było odsunięte od reszty, podobnie jak i ja.

- Gadasz bzdury jak jakaś porąbana nastolatka - zaczął, a na mój telefon w jego dłoniach ktoś zaczął się dobijać. Natychmiast mi go podał. - Zostawiam cię, ale zaraz mogę wrócić - powiedział.

- Nie dzięki, wolę posiedzieć sama - podniosłam odrobinę kąciki i odebrałam, a chłopak sobie poszedł. - Tak? - Odezwałam się do słuchawki.

- Jak tam? Gotowa na weekend? - Usłyszałam głos matki.

- Yy.. - zawiesiłam się na chwilę - No prawie - skłamałam. Nawet nie tknęłam walizki. Trzeba to w końcu zrobić, bo przecież zaraz jadę do domu. Nie mogę się doczekać tego spotkania.

- Weź coś eleganckiego, żeby nie było problemów. Ojciec to przeżywa najbardziej. - Serio kurwa? Ojciec przeżywa? Ty nawet nie wiesz jak mi serce łomocze na samą myśl.

- Dobra. Poszukam czegoś. Coś jeszcze? - Zapytałam, a na dole widziałam jak Santos gdzieś idzie. Nie miałam ochoty z nim gadać, ale kto wie może by mi jakoś pomógł.

- Nie. To wszystko. Przyjechać po ciebie czy sama trafisz do domu? - Zapytała.

- Sama przyjadę. Nie chcę robić pokazówki - mruknęłam, a matka jeszcze chwilę pomarudziła po czym się pożegnałyśmy. Od razu udałam się do pokoju olewają wszystkich uczniów mijanych po drodze. W pokoju zaś ignorując szczekanie współlokatorek zaczęłam się pakować. Wrzuciłam to co trzeba, czyli bieliznę i szukałam co ubrać na tą całą kolację. Niezbyt przepadam za taką sztywną atmosferą i nie mam praktycznie nic specjalnego.

Trochę zajęło mi szukanie, ale w końcu coś znalazłam i wrzuciłam do torby. Zadowolona ją zamykałam, gdy przyczepiła się Melania.

- Co robisz? - Zapytała.

- A co cie to interesuje? - Nawet nie zaszczyciłam jej spojrzeniem przeglądając Kerranga.

- Jesteś z nami w pokoju i chcemy wiedzieć - jej głos był o połowę cichszy niż przed chwilą. Czyżby panienka się bała?

- Nie wtrącaj się w moje życie lala - zadrwiłam. - Na weekend mnie nie będzie. Możecie się cieszyć - wywróciłam oczami i zaczęłam czytać kolejny artykuł. Dziewczyna chciała coś jeszcze zapytać, ba, nawet wydała z siebie jakiś dźwięk, ale szybko zrezygnowała i odeszła.

Reszta dnia minęła spokojnie. Nikt się nie narzucał, ani mnie nie zaczepiał. Mogłam w spokoju przeczytać wszystkie artykuły i nadrobić zaległości na portalach internetowych. Wieczorem udałam się do łazienki pierwsza i zablokowałam ją na półtorej godziny. Dziewczyny marudził, ale nie interesowało mnie to. One tam siedzą nie wiadomo ile to ja też mogę. Zrelaksowałam się i dopiero wyszłam ubrana w piżamę. Usiadłam pod kołderką i chwilę pogapiłam się na wiadome zdjęcia w telefonie. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam z telefonem obok.

Następnego dnia obudził mnie straszliwy pisk przy uchu, przez który aż podskoczyłam i zleciałam z łóżka. Ten dźwięk to nic innego jak mój wspaniały budzik abym dzisiaj nie zaspała. Podniosłam obolały tyłek i wyłączyłam urządzenie. Dziewczyny jeszcze spały, a przynajmniej chciały spać. Słyszałam jakieś ciche pomruki i wyzywanie pod nosem, ale olewałam je i zagarnęłam łóżko. Po chwili udałam się do łazienki i ogarnięcie się zajęło mi piętnaście minut. Wyszłam z włosami uczesanymi w wysoką kitę i w delikatnym makijażu. Na siebie założyłam czarne jeansy i białą bluzkę na ramiączka z nadrukiem. Spojrzałam na zegarek. Bufet już powinien być otwarty. Wzięłam więc telefon i wyszłam. Na  dole panowała pustka. Nikogo nie było po za Violettą z obsługi, która widząc mnie uśmiechnęła się lekko i po chwili dostałam to co zwykle - sok pomarańczowy i kilka kanapek. Podziękowałam jej i nawet zaczęłyśmy rozmawiać w efekcie czego usiadła i śniadanie męczyłam pół godziny. Jak Viola się rozgada to nie ma zmiłuj. Słyszałam nawet historię jakiegoś Ericka z pierwszej klasy, któremu ktoś w nocy ogolił jedną brew. Biedaczek ma mocny sen, bo nawet nie poczuł jak Wendy i Bob go oszpecili - usłyszałam jej smutny, ale i odrobinę drwiący głosik. Taka była. Jak się śmiać to się śmiać, ale współczuć też umiała. Nie miałam jednak czasu na dłuższe pogaduszki, pożegnałam ją i myśląc jacy idioci są w tej szkole wróciłam do pokoju. Paniusie już nie spały. Gadały jak nakręcone siedząc na łóżku Peggy. Wywróciłam tylko oczami na ten widok i podeszłam do swojej torby, sprawdziłam ją jeszcze raz i wezwałam taksówkę. Miała być za piętnaście minut, więc akurat na wyjście przed budynek. Muszę jeszcze wstąpić do sekretariatu po przepustkę, bo inaczej ochrona mnie nie wypuści.

- A ty dokąd?! - Od tyłu mnie ktoś zaatakował i dźgnął między żebra przez co podskoczyłam wystraszona. Moim oprawcą okazał się być Santos.

- Uciekam ze szkoły nie widać? - Zerknęłam czekając na Alicję, która poszła po jeden marny podpis dyrektorki pięć minut temu. Taksówka mi ucieknie!

- Na długo? Pokaźny bagaż bierzesz - zaśmiał się.

- Tak. Masz mój widok na korytarzu z głowy na calutki weekend.

- Ee.. Plany mi psujesz - mruknął patrząc jakby obrażony.

- Plany? - Uniosłam brew.

- No. Chciałem zaprosić taką jedną zrzędę Victorię do kina, ale ucieka małpa.

- Hmm.. - udałam, że chwilę rozważam jego propozycję. - Brzmi interesująco, ale niestety mam plany, których nie mogę zmienić.

- A wymknąć się na godzinę? - Spróbował robić słodkie oczka.

- Niestety Santosie, ale to ważne sprawy rodzinne. Cały weekend mam zajęty.. - powiedziałam i przyszła Alicja wręczając mi pozwolenie na wyjście.

- No trudno, ale następnym razem mi się uda. Nie planuj nic na za tydzień - puścił mi oczko, a ja starając się go nie wyśmiać opuściłam pomieszczenie. Musiałam się śpieszyć, bo lada chwila a moja taksówka by odjechała. I miała to zrobić. W ostatniej chwili została zatrzymana przez moją osobę krzykiem. Posiwiały mężczyzna powiedział, że czekał dobre dwadzieścia minut. Serio? Aż tyle? Nieźle, nawet nie zauważyłam, że tak szybko zleciał czas. W każdym bądź razie, podróż minęła szybko i bez problemów. Mój kierowca miał na imię Max i był całkiem zabawny. Nie mówiłam za dużo, ale nie musiałam, bo było czego słuchać. Opowiastki jak z komedii wyjęte. Albo koleś ma kolorowe życie, albo bujną wyobraźnię.

No i jestem. W domu, w którym jest zdecydowanie za wiele pomieszczeń, sztywno i nudno. Jedyny kąt, w którym lubię przebywać to mój pokój. Nie jest on mały, ale też nie gigantyczny - idealny. Ściany są w szarym kolorze, na podłodze ciemna, niemal czarna, wykładzina. Znajduje się tam dwuosobowe drewniane łóżko, a po każdym z jego boków mała etażerka. Na jednej stoi lampka i zdjęcie moje z Andym i Brunem - ślicznym, czarnym kotem, który niestety zdechł rok temu. Na drugiej jest budzik i pusty wazonik z przezroczystego szkła. Nad łóżkiem do tej pory wisiały trzy szare zdjęcia, które w trakcie tego weekendu zastąpią plakaty przywiezione przeze mnie. Naprzeciwko mojego legowiska znajduje się spora komoda, nad którą wisi lustro, a na niej absolutnie nic. Do teraz, bo właśnie postawiłam tam swoją małą kosmetyczkę a obok położyłam laptopa. W pomieszczeniu nie ma biurka. Zanim uczyłam się w internacie książki leżały na komodzie, a za wymieniony wcześniej mebel służył mi parapet. Mam tutaj spore okno, a na parapecie można spokojnie usiąść czy nawet właśnie odrobić sobie lekcję. Lubię to - posiedzieć sobie i popatrzeć z okna na widok lasu w oddali - wielki, że jego skraju nie widać. Zdecydowanie wolę to niż widok idealnie skoszonej trawy na naszym podwórku i sztywne bankiety ojca będące z byle jakiej okazji. Nawet urodziny swojego szefa kiedyś wyrobił! Absurd! Jakby tamten nie miał na to miejsca czy funduszu. Ale pomijając. W domu przywitała mnie jedna osoba - Waleria, nasza gosposia. Jest bardzo miła i traktuje mnie jak własne dziecko, bo sama swoich nie ma. Jest ona wdową po czterdziestce i tak bardzo kocha swojego męża, ze nigdy nawet nie spróbowała nowego związku po tym jak zmarł siedem lat temu. Kiedyś mi opowiedziała ich historię, mieli naprawdę wiele kłopotów, a gdy w końcu im się udało po kilku wspaniałych latach zginął w tragicznym wypadku samochodowym z winy pijanego kierowcy. Lubię z nią rozmawiać, ale bez przesady - jak z każdym, na dystans. W każdym razie, była tylko ona. Z tego co usłyszałam, to ojciec ma ostatnie spotkanie, a matka pojechała po coś bardzo zadowolona do centrum handlowego. Fajnie nie? Sama siedzę i czekam, bo właściwie mało wiem. Matka wróci to mnie wtajemniczy. Oby tylko nie wróciła i nie zaczęła narzekać, że zaraz przyjadą , a ja nie gotowa.

- No kurwa, chyba nie! - Krzyczałam na matkę już od piętnastu minut, a pięć wcześniej wróciła. Nasze przywitanie wyglądało.. Nie. Nie było żadnego przywitania. Od razu wyskoczyła z tą wściekle różową sukienką. W życiu nie założę takiego czegoś. Krój mi się nawet podoba - zwykła, prosta na grubych ramiączkach i z lekko rozkloszowanym dołem. Tylko nie kolor. Przecież to katastrofa! Ja w różowym? Dosyć, że wyglądać to nie będzie ładnie, to jeszcze na bank zostanę wyśmiana przez Andy'ego. - Nigdy w życiu! Sama noś te różowe szmaty! - Wydarłam się, a matka chyba zaczęła tracić nad sobą kontrolę.

- Trochę szacunku! Nie jesteś jakąś ulicznicą! Założysz to czy chcesz czy nie! - Krzyknęła.

- A niby co mi zrobisz, hę?! Mam wolną wolę i nie mam zamiaru chodzić ubrana jak jakaś pusta lalka!

- Założysz to i bez dyskusji! Twój ojciec stresuje się tym spotkaniem, też byś mogła trochę go powspierać, a nie cały czas się buntujesz! Tu nie chodzi tylko o sprawy prywatne, ale i o ważne interesy więc zakładasz to natychmiast i bez dyskusji! Jasne!? - Tak wściekłej jej jeszcze nie widziałam, ale nie mam zamiaru tego zakładać.

- A czy ty pomyślałaś, jak to do cholery będzie wyglądać?! Spójrz na mnie! Włosy mam kurwa czerwone, a sukienka jest oczojebna i różowa, to do siebie nie pasuje!

- Słownictwo! Nie jestem twoją koleżanką! - Uderzyła ręką w szafkę. Kłóciłyśmy się po tym kolejne dziesięć minut, aż w końcu przegrałam tylko dlatego, że wrócił ojciec i czas się kończył. Musiałam iść założyć to coś. Włosy miałam związane wysoką kitę, a makijaż spróbowałam dobrać do tego różu, ale nie jestem w stanie ocenić jak mi to wyszło. Nawet nie zauważyłam kiedy, a dzień minął i musiałam zejść na dół. Już na schodach usłyszałam wesołe głosy i jak wszyscy się witają. Normalnie zaraz cała się spięłam. To już. Za chwilę go zobaczę. Serce przyśpieszyło, a dłonie zaczęły lekko drżeć - tęskniłam za nim, cholernie tęskniłam. Nie ważne już jak mnie przywita, chcę go zobaczyć.

- Victoria! - Nagle poczułam jak ktoś mnie ściska, a zdążyłam tylko wyjść zza rogu. Osobą, która mnie jako pierwsza zaatakowała okazała się matka Andy'ego - Mary White. Chłopak ma po niej oczy i uśmiech. Kiedyś bardzo mnie lubiła, chyba jej nadal coś z tego zostało. - Jeny, jak ty wyrosłaś - powiedziała z szerokim uśmiechem gdy się trochę odsunęła. - Pannica z ciebie śliczna, no naprawdę.

- Dziękuję - uśmiechnęłam się lekko i dyskretnie rozejrzałam po pomieszczeniu. Nie było go. Po prostu..Nie było. Nagle humor mi się zepsuł. Chciałam go zobaczyć. W jednej chwili nawet odszedł stres, a teraz.. Sami rodzice i ja, po co? Będę tylko siedziała i się nudziła w ich towarzystwie słuchając jak gadają o interesach. Westchnęłam, ale nie mogłam okazywać niezadowolenia dlatego wymusiłam uśmiech.

Po wszystkich tych początkowych czułościach usiedliśmy w salonie. Rodzice rozmawiali, a ja nie słuchając ich po prostu byłam tam. Na swoim miejscu, udając grzeczną i olewając wszystko co mówią. Nawet jak przeszliśmy na kolację odpowiadałam półgębkiem, a po dziesięciu minutach się odcięłam. Siedzieli i rozmawiali wesoło do późnej godziny, a ojciec zaproponował White'om nocleg.

- Przepraszam, ale pójdę się położyć - zaczęłam powoli wstawać. - Trochę mnie boli głowa i jestem zmęczona - skłamałam gładko.

- Ależ oczywiście. Nie martw się kochanie, późno jest. Dobranoc - powiedziała nadzwyczaj miło moja matka. Pożegnałam się i udałam do pokoju, a tam natychmiast zrzuciłam tą wstrętną sukienkę i zniknęłam w łazience. Po szybkiej toalecie wskoczyłam w piżamę i niemal natychmiast zasnęłam.

Rano gdy otworzyłam oczy...

piątek, 8 stycznia 2016

LBA

Nie myślałam, że dopadnie mnie to tu szybko, bo to jest szybko. Jednak Aika'san za nominacje. Oto Twoje pytanka:

1. Ulubiony kolor?
Zdecydowanie czerń.
2. Lubisz czytać kryminały?
Lubię te tematy. Myślałam nawet nad wrzuceniem tego do któregoś z opowiadań, ale nie wiem jak by mi to wyszło.
3. Dlaczego akurat taka tematyka bloga, a nie inna?
Tematykę Słodkiego Flirtu już mam, a samych Zbuntowanych wolę nie karać swoją twórczością więc pomyślałam "A jakby to połączyć?". Miałam naprawdę dużo pomysłów i nadal mam. Wszystko jest spisane i mam nadzieję, że uda mi się tutaj przelać swoją wizję. Pomysł na szkołę, na niektóre postaci i nawet wydarzenia, co od razu przyznam, jest własnie z serialu wymienionego wyżej. To mój kawałek dzieciństwa i lubię do niego wracać, więc spróbowałam, a nóż się uda.
4. Gdzie szukasz inspiracji, kiedy Twoja wena zgubiła się w lesie?
Próbuję coś napisać mimo to, ale gdy nie wychodzi to zostawiam. Nie będę się do tego zmuszać. Zazwyczaj słucham muzyki, ale pomysły i wena przychodzą najczęściej gdy nie mam możliwości pisania, a gdy ona jest..Znikają chęci. Naprawdę bywa różnie. Najbardziej motywują czytelnicy, ale co ja mogę powiedzieć o tym blogu? Dopiero się rozwija, a nagle nie będzie multum komentarzy. Również pisząc z dziewczynami na hangu miewam różne pomysły i tak nagle zaczynam pisać nawet nie skupiając się. Słowa po prostu same idą.
5. Co naprawdę Cię irytuje?
Wiele rzeczy. Kilka przykładów:
- Mlaskanie (nie wiem czemu, ale jak to słyszę to jestem w stanie przywalić)
- Nadmierna pewność siebie, kozaków myślących "A kto to ja nie jestem"
- Obgadujesz za plecami, a sama chcesz żeby ci w oczy prawdę mówić? Nie bądź śmieszna..
- Moja siostra, to przede wszystkim i jeszcze kilka innych rzeczy.
6. Lubisz chodzić na zakupy?
Zależy od tego jak długo, po co i jakie są finanse, ale tak ogółem to nie przepadam. Czasem się tam skuszę, ale rzadko..
7. Gdy byłaś mała, czy miałaś jakiś przedmiot, który Cię uspokajał? Chodzi mi na przykład, o maskotkę bądź misia.
Kiedyś, kiedyś, jakoś przed szkołą i kawałek podstawówki. Taki misiek w kształcie czarnego kota lub "Jasiek" podusia. xd
8. Jaką porę roku lubisz najbardziej?
Różnie. Zimy obecnie nie znoszę. Napadało śniegu, wszędzie zimno i ciągle się trzęsę jak galareta. Lato lubię, bo wakacje, ale czasem jest za gorąco. Wiosna i jesień tak w sumie to nie wiem.. Jesienią mam urodziny, ale po za tym nic specjalnego.
9. Potrafisz zorganizować sobie czas, tak, że ci się nie nudziło?
W sumie to raczej nie. Zawsze się znajdzie chwila nudy xd
10. Często wychodzisz na dwór?
Wychodzę tylko gdy idę do szkoły. Wolę siedzieć w domu, a zwłaszcza teraz jak mróz na dworze. Latem się pokuszę, ale to wszystko zależy od humoru, pogody i czy mam tam o robić. Siedzieć i nudzić się to ja mogę też w domu.
11&12. Lubisz anime? Jeżeli tak, jakie anime lubisz najbardziej? / Jeżeli jesteśmy już w temacie anime, czy jesteś Otaku?
Nie. Nie jestem Otaku i nie oglądam anime więc te dwa pytania się neutralizują. Pozdrawiam :)
13. Czy jest coś co kolekcjonujesz?
Mam ładny stosik naprawdę różnych plakatów. Niektórych nie lubię, a niektóre tak, ale wszystkie leżą razem. Brakuje tam tylko takiego jednego, który mi się marzy *~*
Prócz plakatów mam też całkiem sporą liczbę miśków. Jak się było dzieckiem to się dostawało, potem nie wyrzucało i tak sobie są na szafie i szafkach pod sufitem xd

Nie nominuję nikogo ponieważ jeśli to zrobię zostanę zabita xd
Pozdrawiam ;*

wtorek, 5 stycznia 2016

III Zemsta

Dedyk da moich dziewczynek xd
Loffki, kiski i te sprawy ;*
____________________________________

Gdzie ten głupi numer? Musi gdzieś tu być, bez niego mogę sobie tylko pomarzyć o jakiejkolwiek zemście. Szkoła nijak zareagowała, nawet jak się okazało, że ktoś wrzucił moje zdjęcia na forum internetowe tej głupiej placówki. Nic. Doyle miał tylko rozmowę w dyrekcji i nic mu nie zrobili, bo się wykręcił, że to nie jego sprawka, a ja jestem pośmiewiskiem całej szkoły. Nie dzwoniłam do rodziców, bo oni by mi nie pomogli. Nie chciałam wielkiej awantury, a taka by właśnie powstała w przypadku mojego ojca. Działam na własną rękę. Z tego co wiem to nasz uroczy buntownik ma na pieńku z rodzinką. Na początek ich poprosimy o pomoc, ale do tego potrzebuję kontaktu dlatego rano symulowałam chorobę. Tak już w tej szkole jest. Nie ma cie na pierwszej lekcji to przychodzi prefekt aby poznać przyczynę i cię tam zaciąga. Mi się udało. Przyznam, że jak się postaram to nie jestem taka zła w udawaniu. Ale wracając. Nie mam pojęcia gdzie Alicja wsadziła tą teczkę z numerami. Przeszukałam już chyba każdą półkę. Właśnie, półkę. Vico ty kretynko, przecież ona numery ma zawsze pod ręką - pomyślałam i dopadłam do szuflady biurka naszej drogiej sekretarki. Znalazłam tam teczkę naszej klasy i spis numerów do rodziców. Wzięłam jedną z małych karteczek i spisałam kontakt do jego ojca jak i matki. Z dopisków wynika, że są oni w rozjazdach, ale razem czy osobno nie wiem więc lepiej żebym miała dwa.

Alicja
- Dobrze. Tak pani dyrektor, zajmiemy się wszystkim - nagle usłyszałam głos zbliżającej się kobiety. - Proszę się nie martwić. Tak. Nie. Tak. Pani dyrektor,zajmiemy się Kiki. - Nasza sekretarka chyba nie ma łatwego życia z tą kobietą. Niestety ja teraz też nie mam łatwo. Ona mnie nie może tu zobaczyć. Nie jestem w mundurku tylko w zwykłych jeansach i za dużej bluzie, a dodatkowo papiery są na wierzchu. Muszę się jakoś ewakuować - pomyślałam, a do moich uszu dotarło ciężkie westchnięcie kobiety. - Co za babsztyl, niech ona wreszcie idzie na emeryturę - mówiła sama do siebie. - Nikt jej tu nie lubi. Ten jej głupi pies też wszystkim daje w kość. A kto ma się nim zająć? No ba że ja! Alicjo to. Alicjo tamto. A wypchaj się kobieto. - Zaśmiałam się cicho pod nosem i schowałam szybko za kanapą, która stoi na przeciwko biurka. Taka mała poczekalnia w sekretariacie do gabinetu dyrekcji, który jest obok. Nagle brunetka opadła na kanapę, która lekko poszła do tyłu. Kurcze no, jeszcze chwila i wpadnę. - Potrzebujesz relaksu Ali. Tak. Musisz się odprężyć - mówiła do siebie i prawdopodobnie wygodnie się rozłożyła. Kobieto idź sobie, muszę uciec. Niestety to nie nadeszło. Leżała dziesięć minut, nawet się nie zainteresowała stanem swojego biurka. Chwila.. Ja słyszę chrapanie? No nie mówcie, ze zasnęła - jęknęłam w myślach i zaczęłam się podnosić. Gdy już wstałam zobaczyłam śpiącą kobietę zwiniętą w kłębek. Haha.. Też bym tak chciała pracować. Zrobiłam jej zdjęcie na pamiątkę, a nóż kiedyś się przyda i szybko uciekłam. Pech chciał, że zahaczyłam o kabel telefonu, który stał wśród tych papierów i zleciał, ale się nie zatrzymałam bo hałas ją obudził i podskoczyła. Tyle dobrego, że mnie nikt nie przyłapał. Przemknęłam przez szkołę do siebie. Niestety nie miałam chwili spokoju, bo w pokoju była Melania.

- Czemu nie byłaś na lekcji? I dlaczego nie masz na sobie mundurku? - Zapytała gdy tylko weszłam i usiadłam na łóżku.

- To raczej nie twoja sprawa, prawda? Na lekcje nie poszłam, bo kiepsko się czuję - mruknęłam i położyłam się aby dodać odrobinę wiarygodności.

- Nie wyglądasz słabo. Po za tym, skoro źle się czujesz to gdzie chodziłaś?  - Uczepiła się czy co?

- Byłam zadzwonić  rodziców, a po za tym ja się nie mieszam w twoje sprawy to ty się nie mieszaj w moje - mruknęłam.

- Mogłaś równie dobrze to zrobić tutaj z komórki.

- Ale kurwa nie zrobiłam! - Krzyknęłam na nią i stanęła przestraszona. - A teraz idź sobie do Natanielka, może wreszcie się pokusi i cie przeleci! Nie mieszaj się do czegoś co cie nie dotyczy! - Po tym dziewczyna uciekła. No. Będę ją miała z głowy na jakiś czas, ale trochę nie potrzebnie wybuchłam. Trudno. Jakoś przeżyje. Wyjęłam z szafki paczkę chipsów i usiadłam wygodnie po czym wzięłam telefon i wykręciłam numer do ojca chłopaka. Bądź co bądź, oni są zazwyczaj najsurowsi. Jeden sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Kurde no, odbierz człowieku. Spróbowałam jeszcze raz, ale również nic. No trudno. To dzwonimy do mamuśki. Wpisałam numer i zadzwoniłam. Ona również nie odebrała. No kurna no. Czemu rodzice zawodzą zawsze gdy trzeba? Rzuciłam telefonem w poduszki i weszłam na górę. Usiadłam na pufie i patrzyłam z góry na pokój. Jeżeli oni nie wypalą to nie wiem jak inaczej. Rodzice się muszą dowiedzieć. Nie dam mu tak bezkarnie uciec. Kastiel musi dostać nauczkę.

Siedziałam tak nie wiem ile i po prostu patrzyłam na swoje łóżko. Dopiero gdy lalki wróciły się ocknęłam, ale ponieważ nie chciałam z żadną mieć styczności siedziałam dalej i dodatkowo byłam przez nie nie zauważona.

- Ale tak po prostu na ciebie nawrzeszczała? - Usłyszałam głos Peggy.

- No tak. Ja jej się normalnie pytam czemu nie była na lekcji, a ona od razu się wydarła.

- Symulantka - prychnęła.  - Pewnie po prostu wolała zostać w pokoju i coś nam zrobić lub coś w tym stylu. Przecież to dzikuska. Wszyscy to wiedza. - O.. Ciekawych rzeczy się oo sobie dowiaduję. Wychyliłam się lekko i szukałam ich wzrokiem. Siedziały na łóżku dziennikarki o siedmiu boleści. Nadal byłam nie zauważona i wpadłam na świetny pomysł. Lekko szalony, ale w końcu jestem dzikuską, prawda?

- Zakpiła sobie. Powiedziała żebym poszła o Nataniela, to może mnie w końcu, jak to ona ujęła, przeleci - mruknęła Melania.

- Pewnie sama się puszcza na prawo i lewo, a teraz wypomina, że się zakochałaś. Co prawda to frajer, ale coś ci obiecałam - usłyszała. Ja się puszczam?! Ja się kurwa puszczam!? Niech spojrzy na siostrę gospodarzyny. Niby taka zakochana w Kastielu, a codziennie z inny się liże pod schodami w holu. Nie chciałam dłużej słuchać tych bzdur i po prostu skoczyłam z balkoniku na łóżko obok nich. Wystraszyły się i zaczęły piszczeć.

- No co jest? Już tyle czasu wytrzymałyście z dziukuską - spojrzałam na nie z psychopatycznym uśmiechem. - Wszystko słyszałam Peg, wszyściutko - wstałam i zaczęłam się do nich zbliżać. Melania uciekła z pokoju, tchórz, a Peggy posunęła się dalej na łóżku. Weszłam więc na nie niczym agresywna kocica i zbliżałam się do niej. - Co jest maleńka? Czemu uciekasz? - Zaśmiałam się, a ta plecami dotknęła półki przy łóżku. Ktoś tu nie ma gdzie uciec. - Ponoć się puszczam, chętna jesteś? - Spojrzałam ciągle się tak uśmiechając na jej lekko wystraszoną twarz. - Wiesz co teraz zrobię? - Zapytałam a ta lekko pokiwała głową na nie. - Przelecę cie - powiedziałam zupełnie poważnie, zdębiała. Dotknęłam lekko jej twarzy, a ta odskoczyła jak poparzona i zleciała na podłogę. Wybuchłam śmiechem. - Hahaha! Żebyś widziała swoją minę - spojrzałam na nią śmiejąc się wniebogłosy. - Sorry, ale totalnie mnie nie pociągasz - machnęłam ręką jakbym coś odganiała przybierając lekko plastikowy ton głosu. Ta patrzyła na mnie jak na szaloną, a rację, oszalałam. Śmiałam się, a w kącikach moich oczu zaczęły pojawiać się łzy. Nagle jakby się ocknęła i wstała. - Co jest? Będziesz próbowała mnie przekonać? - Zapytałam z rozbawieniem patrząc na jej twarz. Milczała więc wstałam puszczając jej oczko, a ta natychmiast uciekła. Nie ma co, humor mi poprawiły.

Po tym jak uciekły w bardzo dobrym humorze wygrzebałam telefon spod poduszek i wykręciłam ponownie numer ojca Katiela. Odebrał, a ja niemal pisnęłam ale się powstrzymałam w ostatniej chwili. Pytał kto dzwoni i takie tam, a ja milczałam. Powiedziałam tylko nieco zniekształconym głosem, że jego syn potrzebuje interwencji w szkole i że jest naprawdę kiepsko z jego ocenami. Podziękował za informację, ale chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Usłyszał tylko, że przyjaciółka jego syna - co jest wiadomo bzdurą, i się rozłączyłam. Idealnie. Teraz tylko czekać aż się pojawią - pomyślałam, a potem z szerokim uśmiechem rozłożyłam się na łóżku.

*          *          *

Co za cudowny dzień. Ptaszki śpiewają, słonko świeci. Idealnie. Śniadanko też mam za sobą. Japa mi się szczerzy. Dodatkowo zbliża się weekend, jeszcze lepiej. Tylko rodziców Kastiela brakuje, ale coś czuje, że się nie zawiodę. Po tym jak ostatnio załatwiłam dziewczyny mam spokój.Chyba rozeszła się jakaś plota, bo nikt mnie nie zaczepia, ale to dobrze. Mam spokój. Czy mogło być lepiej? Jedynie Santos próbował mnie zaczepić, ale mam na niego wylane. Po prostu nie odpowiadałam, ignorowałam. Niech się stara, ale mimo, że mam dobry humor to nie będę dla niego miła. Jakoś tak..Odpycha mnie od niego, nie chcę się z nim zadawać.

Zaczęła się pierwsza lekcja. Etyka. Przesiedziałam ją w ciszy i spokoju. Temat nie był zły i się na nim dobrze skupiłam. Minęło bez problemowo. Przerwę spędziłam na holu, pod schodami. Wyjątkowo nikogo tam nie było, a ja mogłam się pouczyć z matmy, która była następna.

- Co wy tu kurwa robicie?! - Nagle przede mną stanął Kastiel, a z nim dwójka elegancko ubranych ludzi. A nie mówiłam? Zapowiada się fajny dzień. Nie widzieli mnie więc ukryta za książką swobodnie słuchałam. Oj Vico, ostatnio się za często w szpiega bawisz - pomyślałam.

- Dostałem telefon, że nie radzisz sobie w szkole! Okłamywałeś nas Kastiel! Mówiłeś, że idzie ci całkiem nieźle, a jak zobaczyliśmy twoje oceny to po prostu katastrofa! - Krzyczał jego ojciec, a matka stała z boku z poważną miną.

- Nie moja wina, że w tej zasranej szkole się na mnie uwzięli! Zachciało wam się mnie do internatu posyłać! - Uuu.. Ktoś tu chyba ma do kogoś żal.

- A co ci zrobiła ta dziewczyna? Dyrektorka nam wszystko opowiedziała. Zniszczyłeś jej mundurek i upokorzyłeś na całą szkołę - powiedziała opanowana, matka a on prychnął. - Kastiel! Gdyby były dowody to byś wyleciał ze szkoły! Tylko dlatego tu jesteś, a ona ci nie wierzy! - Wybuchła, a ja dowiaduję się ciekawych rzeczy. - Masz przeprosić..Victorię? - Spojrzała na męża, a ten kiwnął głową. - Za nowy mundurek zapłaciliśmy, ale nie myśl, że na krzykach się skończy. Masz szlaban. Oddaj telefon - wyciągnęła dłoń.

- Co?! No ty chyba żartujesz! Nie oddam ci jej! - Stawiał się.

- Oddaj telefon jak matka prosi! - Krzyknął ojciec, a uczniowie, którzy tu byli spojrzeli na nich. Haha.. Dosyć, że sprowadziłam rodzinkę to jeszcze o chłopaku będzie głośno i to nie w pozytywnym dla niego świetle. Chłopak zrezygnowany oddał telefon.

- Nie odzyskasz jej do poprawy ocen, jasne? - Powiedziała matka chłopaka, a ten posłusznie kiwnął głową. - A teraz idziemy do ciebie. Tam poznasz więcej szczegółów swojej kary. - Zaciągnęła go za ucho do góry i zniknęli. Gdy już zostałam sama wybuchłam śmichem. Patrzcie. Wielki buntownik pokonany.

~*~

- Nie bądź frajer. Idziemy. Przecież taki melanż się nie powtórzy! - Ciągnął chłopaka za rękę w kierunku wyjścia.

- Wiem, ale nie mogę. Samolot mam rano. Nie mogę zaspać - wyszarpał się.

- White, nie daj się prosić. Od kiedy ty taki grzeczny jesteś? - Podeszła do niego brunetka i zaczęła masować mu kark. Ta dziewczyna potrafiła przekonać i narobić ochoty, ale później zazwyczaj wystawiała do wiatru. Chłopak doskonale to wiedział. Zna ją bardzo długo, a jej sztuczki przestały na niego działać.

- Sorry Sabri, ale wracam do domu. To ostatni dzień w waszym towarzystwie, nie psuj mi humoru - zerknął na nią.

- No dobrze, dobrze - zabrała ręce. - Ale jak wrócimy to musimy się spotkać - wyszeptała mu uwodzicielsko do ucha.

- On i tak cie olewa, Sabrina - zaśmiał się towarzyszący im brunet z dłuższymi włosami.

- Nie prawda. Jesteś chętny, co nie misiek? - Zawisła na nim.

- Niestety kochanie. Nie jesteś w moim typie - zaśmiał się.

~*~

Zadzwonił dzwonek, a ja w bardzo dobrym humorze udałam się pod klasę. Weszliśmy do środka, ale pilnował nas prefekt. Czyżby matematykowi coś wypadło? Mi to nawet pasuje. Usiadłam sobie wygodnie i patrzyłam na tablicę. W klasie jak zwykle gadali, ale nie było jednej osoby. Tak, zgadza się. Buraczek się nie pojawił, aż uśmiechałam się sama do siebie. Po dziesięciu minutach jednak przyszedł nauczyciel i musiałam przybrać poważniejszy wyraz twarzy. Z tego co mówił to zatrzymała go dyrektorka. Czyżby gadał z rodzicami, a nawet samym czerwonowłosym?

- Gdzie jest Doyle? - Zapytał uzupełniając listę obecności. Czyli z nim nie gadał. Klasa milczała jakby nic nie wiedziała, więc postanowiłam się zabawić i podniosłam rękę.

- Kastiel jest w łazience. Dostał okresu, bo zniewieściał - powiedziałam i śmiałam się cicho pod nosem. W klasie również usłyszałam śmiech kilku osób. No proszę, czyżbym ich rozbawiła? Spojrzałam na nauczyciela. Nie lubił chłopaka i widziałam lekkie rozbawienie mimo, że za wszelką cenę chciał być poważny.

- Dziękuję za informację panno Lozano - powiedział i zamknął skoroszyt. - A tak naprawdę co z nim jest? - Usłyszałam go tuż nade mną, a gdy podniosłam wzrok stał tuż przy ławce.

- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Ostatnio go widziałam jak miał duuużą awanturę z rodzicami w holu. Może jest z nimi - oznajmiłam, a ten zrezygnował z dalszego wypytywania mnie i zaczął lekcję. Dłużyła się, ale nie było aż tak źle. Kastiel nie pojawił się na niej ani na reszcie lekcji. Czyżby rodzinka aż tak zdenerwowała? Fajnie. Chociaż spokój był. Niestety nie długo. Zaraz po lekcji dopadła mnie Amber, a miałam taki dobry nastrój..

_________________________________________________

Co myślicie? Proszę o szczere opinie :)



wtorek, 22 grudnia 2015

II Dobra nowina i pech

- Mamy dla Ciebie ważne wiadomości i chciałam Ci to przekazać osobiście. – Mówi to tak jakby ojciec wygrał wybory prezydenckie. Serio. Co ją tak cieszy? – Po pierwsze. W ten weekend zabieramy Cię do domu. Do ojca przyjeżdża bardzo ważny biznesmen z rodziną. Od tego zależy jego dalsza kariera i musimy być wszyscy. Już mam nawet dla Ciebie idealną kreację na ten wieczór - uśmiechała się od ucha do ucha.

- To jest ta zła wiadomość, a dobra?

- Obie są dobre, a ta druga zwłaszcza dla Ciebie. Pamiętasz pana White’a i jego syna Andy’ego? Oni będą u nas w niedzielę. Pamiętam jak kiedyś byłaś blisko z tym chłopakiem dlatego nic Ci teraz więcej nie powiem, ale chcę żebyś wiedziała, że nie wywiniesz się. Wszyscy już wszystko wiedzą i już wszystko jest zaplanowane. – Pogroziła mi palcem jak jakiemuś psu. Andy będzie? Jeny, dawno się nie widzieliśmy. Ostatnio jak zerwaliśmy. Andrew był moim chłopakiem, ale nasi rodzice nic nie wiedzieli. Przy nich zachowywaliśmy się jak przyjaciele, bo zaraz zaczęliby planować wesele. Żadne z nas tego nie chciało. Wystarczyła nam przyjaźń naszych rodziców. Niestety po części było to błędem, bo pewnie gdyby ojciec chłopaka wiedział o naszym związku nie kazałby mu nigdzie wyjeżdżać. Mimo próśb syna i tak zrobił to co chciał i odesłał go do najlepszej szkoły w Hiszpanii. On tam, a ja tu w Meksyku. To było nie do zrealizowania. Rozstaliśmy się mimo, że ja nie chciałam. To on podjął decyzję i oznajmił mi to na lotnisku, przed odlotem, gdy go przytulałam ostatni raz. Łzy po moich policzkach płynęły strumieniami, a rodzice nie wiedzieli co ze mną jest. Musiałam kłamać i mówić, że to z powodu odjazdu mojego przyjaciela, a tak naprawdę to było spowodowane bólem mojego serca. Po tym długo chodziłam załamana, ale „czas goi rany” i zapomniałam. Teraz są tylko wspomnienia, sentyment. Nie ma już tej miłości, którą go darzyłam, ale nie ma też nienawiści. Co o nim myślę okaże się gdy go zobaczę. W niedzielę. Za kilka dni. W moim domu.


*        *         *

Po wiadomości matki nie mogłam przestać myśleć o chłopaku. Ciekawiła mnie niespodzianka, o której wspomniała na koniec. Niestety nie zdradziła nic na ten temat i musiałam wrócić na lekcje z zamętem w głowie. Odpuściłam sobie jednak powrót na matematykę i udałam się do pokoju gier. Tam usiadłam przy jednym ze stolików w pobliżu stołu do bilardu i obserwowałam trzecioklasistów, którzy się przy nich wygłupiali. Widocznie kogoś nie ma i mają okienko. Ciekawe kogo, chociaż drogą to mnie to tak bardzo nie interesuje. Próbuję odciągnąć swoje myśli od niedzielnego spotkania. Jak się przy nim zachować? Co mówić? Jakie emocje mną zawładną? Nie mam pojęcia. Będę musiała uważać, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Pewnie obaj się zmieniliśmy, ale ciekawe kto bardziej. Pewnie ja. On zawsze był towarzyski i wesoły, a ja miałam kłopoty z ludźmi. Rozmawiałam z tymi, których znałam dłużej, a inne próby podjęcia znajomości kończyły się fiaskiem. Teraz nie rozmawiam z nikim i jest dobrze, a przynajmniej tak mi się wydaję. Wolę tego nie zmieniać, bo znowu mi wyskoczą ze zmianą szkoły. Dosyć, że straciłam Andy’ego to jeszcze i resztę znajomych, bo ojciec wysłał mnie tu. Do Liceum Słodkiego Amorisa – szkoły z internatem. Nie byłoby źle gdyby nie ci ludzie. Wszyscy bogaci i odnoszący się z tym i tylko mały procent gnębionych przez nich stypendystów, którzy ciężko pracują na naukę w tej szkole. Można powiedzieć, że jestem z nimi duchem, bo pieniądze mnie nie interesują i jestem najlepsza w klasie, zaraz po Natanielu ze wszystkich przedmiotów. Nie podlizuje się nauczycielom jak blondyn, tylko ciężko pracuję, a nawet wykłócam z nauczycielami przez różne incydenty z Amber, a i tak zawsze mam piątki. To jedyny aspekt tej szkoły. Teraz jest jeszcze Santos, który chyba chce mi zrobić na złość i łazić za mną. Jest miły i w ogóle, ale nie chcę zawierać nowych znajomości, a tym bardziej przyjaźni. I nawet ten jego piękny uśmiech mnie nie przekona.

Zamyślona siedziałam i spokojnie podziwiałam krajobraz za oknem gdy zadzwonił dzwonek. Chyba czas się stąd ewakuować, bo zaraz się zejdzie „elita” i się zacznie. Dodatkowo z tego co powiedziała mi Violetta – bufetowa, to nasza klasa ma teraz okienko i pewnie spędzą tutaj czas wszyscy. Ja nie muszę. Pójdę sobie posiedzieć przy basenie, albo zaszyję gdzieś w szkole i będzie dobrze. W tym czasie zdążyłam coś zjeść, więc głód nie będzie problemem.

Jak chciałam tak zrobiłam i z paczką popcornu opuściłam pomieszczenie i udałam się na zewnątrz. Przy basenie było zbyt dużo ludzi, a na dach jakoś nie miałam ochoty wchodzić, więc usiadłam na trawie chowając się za murkiem, który jest także zabezpieczeniem przed upadkiem z całkiem wysokiej górki, na której siedzę. Do uszu włożyłam słuchawki i uprzednio ustawiając alarm na koniec przerwy, włączyłam muzykę. Siedziałam tak sobie spokojnie co jakiś czas zajadając popcorn i nikomu nie przeszkadzałam. Lekki wiatr czesał moje długie, czerwone włosy, które naturalnie mają kolor brązu, a słońce raziło moje szare oczy i chciało dodać koloru mojej bladej skórze. Zamyślona siedziałam i bawiłam się kolczykiem w nosie. To taki mój mały tik nerwowy. Pamiętam jakie były problemy z przyjęciem mnie do tej szkoły przez mój wygląd. Mój ojciec spędził sporo czasu u dyrektorki i z nią rozmawiał. Niestety zgodziła się i jestem zamknięta z tymi idiotami. Ehh..

Siedziałam tak zamyślona nawet nie wiem ile i w pewnym momencie oko mi się zamknęło. Zasnęłam. Obudziło mnie jakieś szturchanie w nogę. Jeżeli to znowu ten pies to go przetrącę. Jest słodki i w ogóle, ale zawsze mnie budzi jak jestem w domu. Nie. Chwila, moment. Ja przecież nie jestem w domu. Kogo tu zaniosło?! Natychmiast otworzyłam oczy i zobaczyłam cień nad sobą. Kogoś strasznie bawiło kopanie mojej nogi i sprawdzanie czy żyję. Serio. Przecież widać, że oddycham.

- Zostaw mnie kretynie – warknęłam spod przymrużonych powiek. Niestety kopanie nie ustępowało. Otworzyłam więc oczy i szybko wstałam. – Skretyniałeś!? – Krzyknęłam i stanęłam twarzą w twarz z tym idiotą z mojej klasy. Panie i Panowie, a oto najgorsza osoba świata. Kastiel.

- Wyglądałaś na martwą i musiałem sprawdzić – prychnął. Kurwa serio?!

- Nie jesteś zbyt kumaty skoro nie zauważyłeś, że oddycham – westchnęłam i wyłączyłam lecącą jeszcze w słuchawkach muzykę, którą ledwo słyszałam, bo mi wyleciały z uszu.

- Ja nie jestem kumaty? – Uniósł brew. – Uważaj mała, bo życia nie będziesz miała.

- W tej szkole są sami kretyni więc mnie to nie interesuje. Nara – szybko mu zasalutowałam na odchodne i przeskakują przez murek ewakuowałam się.  Spojrzałam na zegarek. Jeszcze pięć minut do lekcji, czas się zbierać.

Udałam się pod klasę i oparta o ścianę obserwowałam przechodzących nastolatków. Nie chciało mi się jeszcze wchodzić do środka z obawy o niechcianego lokatora w mojej ławce. Tak więc wybrałam durną opcję obserwowania jak zadufani w sobie idioci wchodzą do klasy i szepczą o mnie między sobą myśląc, że nikt nie słyszy. Błagam, jesteście tacy przewidywalni. Ciekawe na jakich debili wychowacie w przyszłości swoje dzieci, skoro wy nie jesteście zbyt mądrzy, że tak to ujmę – pomyślałam, a po chwili było słychać bardzo charakterystyczny dzwonek dla naszej szkoły. Nie przypominał on wcale tego czym był. Gdy byłam tu pierwszy dzień myślałam, że to coś w rodzaju syreny alarmowej, dopiero później mnie i resztę nieświadomych poinformowali, że to jest „dzwonek”. Wtedy myślałam, że ta szkoła ma tylko kilka dziwactw, ale teraz uważam inaczej gdyż codziennie odkrywam jakieś nowe. Moim ostatnim znaleziskiem jest Santos – masochista. Jeżeli chce spędzać ze mną czas to niestety nic mu z tego nie wyjdzie. Jak się zdenerwuję to nagadam mu nawet na środku korytarza aby się odczepił. Wracając. Do klasy weszłam z zamkniętymi oczami aby tylko nie zobaczyć w swojej ławce tego gościa. Na szczęście teren czysty. Usiadłam i czekałam na nauczyciela, a gdy wreszcie przyszedł słuchałam jego wykładu i mazałam na marginesie kółka i serduszka. No co? Jak ruszam ręką czy nawet palcami to lepiej się skupiam, a fakt, że są tam serduszka wynika z mojego w miarę dobrego humoru.

Lekcja minęła, a za nią kolejne. Cały czas uważałam żeby nie natknąć się na Santosa, ale on jakoś się do mnie nie zbliżał. Chyba zrozumiał, że nie mam zbytnio ochoty na jego towarzystwo. Po skończonych zajęciach z wielką ulgą rzuciłam się na łóżko w naszym pokoju wspólnym. Nie poleżałam niestety długo w relaksującej mnie ciszy ponieważ szybko przyszła reszta lokatorek i zaczęły między sobą marudzić jak jakieś baby na targu. Nie chcąc słuchać ich głupot wzięłam książki i poszłam się uczyć i odrobi lekcje w bibliotece. Oprócz mnie i bibliotekarki było kilka osób z różnych klas, ale z mojej ani jednej. Usiadłam przy jednym z wolnych biurek w tym wielkim pomieszczeniu i rozłożyłam swoje rzeczy.

Na nauce spędziłam jakieś dwie godziny, potem bez kolacji udałam się do pokoju, wzięłam prysznic i położyłam się spać. Oczywiście moje współlokatorki nie dały mi szybko zasnąć i cały czas nadawały. Tylko Melania i Iris, ale i tak miałam dość, że też one się nie boją, że Peggy tylko udaje, że śpi i niedługo ich sekrety może poznać cała szkoła. Przecież to dziennikarka, a w dodatku bardzo zacięta więc wcale bym się nie zdziwiła gdyby coś takiego miało miejsce. Przecież to są newsy. Panna idealna alias Melania cały czas narzeka na to jak bardzo kocha Nataniela, a on jej nie zauważa. Jest jeszcze przygłupia Iris, która bardzo często źle coś rozumie, a jeszcze częściej nie wie o co ci chodzi. Ona znowu zaczynała temat zakupów, a czasem coś jej się wymsknęło o Sucrette. Wielkie przyjaciółki obrabiały jej dupę. Podobno dziewczyna ma kogoś na oku i podzieliła się tym z rudą, która z kolei powiedziała to Melanii, ale niestety nie słyszałam imienia tego nieszczęśnika. Jest jak jest, ale to właśnie Su najmniej grzeszy swoją inteligencją. Rozmyślając nad tym wszystkim nawet nie zauważyłam kiedy i wpadłam w objęcia Morfeusza.

Rano obudził mnie tak znienawidzony przez większość ludzi niczemu nie winny budzik. Reszta towarzystwa jeszcze pochrapywała, ale to akurat nic dziwnego. Mamy godzinę piątą trzydzieści więc mam jakieś minimum pół godziny wolnego. Weszłam więc na górę, wyjęłam z szafy czystą bieliznę  i drugi komplet mundurku, a potem udałam się do łazienki, w której wzięłam poranny, zimny prysznic na przebudzenie i ogarnęłam swój wygląd. Najgorzej było z włosami, którym chciało się sterczeć na wszystkie strony więc związałam je w wysoką kitę. Makijaż zrobiłam lekki. Właściwie to tylko nałożyłam tylko trochę tuszu na rzęsy i tyle. Po wszystkim opuściłam pomieszczenie i wzięłam się za ścielenie łóżka, dopiero gdy skończyłam usłyszałam żałosne jęki dziewczyn, które postanowiły wstać. Zanim jednak one to zrobiły ja już byłam gotowa i biorąc to co zwykle, czyli klucze do dorobionej przeze mnie ukrytej kieszeni w spódnicy i telefon, wyszłam do bufetu.

Na śniadanie zamówiłam sobie jak zwykle kilka pożywnych i zdrowych kanapek, oraz mój ulubiony sok pomarańczowy. Oprócz mnie i Violi było tutaj kilka osób, a z każdą minutą stado nastolatków zwiększało się. Jadłam i bawiłam się telefonem przeglądając stare zdjęcia ze mną i Andym, które z każdą zmianą urządzenia przesyłałam ze starego na nowe. To było jedyne co prócz wspomnień mi po nim zostało dlatego tak lubiłam na nie patrzeć. Ciekawe jak bardzo się zmienił, bo jeśli komuś bym powiedziała, że ta urocza dziewczyna to ja, to by nie uwierzył. Jedyne co się we mnie nie zmieniło to oczy, reszta nie ma z tą starą Vico nic wspólnego.

- Co tam przeglądasz? – Usłyszałam nagle przy uchu i podskoczyłam przestraszona prawie dławiąc się kanapką. – Hahaha..! Sorry, ale nie mogłem się powstrzymać – na krześle przede mną siadał nie kto inny jak nasz masochista Santos. Przysięgam, że gdybym mogła właśnie zabiłabym go wzrokiem. – Aż tak mnie nie lubisz, że ciskasz piorunami?

- To ty chciałeś żebym umarła na zawał – powiedziałam poważnie i wzięłam kolejnego gryza mojej ostatniej już kanapki. Dzięki temu może uda mi się zwiać przed tym chłopakiem.

- Najlepiej zwalić na mnie – jęknął. – Ale dobra ja się nie będę kłócić. Nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Co przeglądałaś?

- Zdjęcia, a co ci do tego? - Zapytałam chowając telefon. 

- To widziałem. Zauważyłem też, że była tam dziewczyna i chłopak. Twoje rodzeństwo? – Zapytał podpierając brodę.

- Jestem jedynaczką, a to kto był na tym zdjęciu nie powinno cię interesować – powiedziałam i wstałam, ponieważ skończyłam już swój posiłek.

- Co jest? Zrobiłem coś, że taka jesteś? Jak ci pomagałem to byłaś miła – również wstał i zaczął iść za mną do klasy.

- Może jeszcze nie zauważyłeś albo to do ciebie nie dotarło, ale ja nie chcę tutaj zacieśniać żadnych znajomości, ani zdobywać przyjaciół. Ta szkoła jest tak durna, że najchętniej bym stąd poszła i nie wracała, ale nie mogę ponieważ jak nie ta to szkółka zakonnic, a tam prędko bym sobie żyły podcięła – tłumaczyłam mijając tłumy nastolatków i starając się zgubić chłopaka szłam na około. Niestety mój wysiłek poszedł na marne.

- Rozumiem, ale mam jedno pytanie – wyprzedził mnie i stanął ze mną twarzą w twarz. Nie mam za dobrego humoru odkąd się pojawił więc niech uważa bo zaraz będzie miał guza na czole. – Masz zamiar być taka do późnej starości? Przecież nikt cie nie zechce jeśli będziesz taką zrzędą.

-Wybacz, ale uważam, ze posiadanie za przyjaciół - tutaj zrobiłam cudzysłów w powietrzy - ludzi, którzy myślą tylko o forsie i tego typu rzeczach nie jest moim życiowym celem. - Powiedziałam i go minęłam, ale zanim odeszłam dość daleko wpadło mi coś do głowy i odwróciłam się do niego z wrednym uśmiechem na twarzy. - Może jestem wredna, ale kopara ci zaraz opadnie. Ktoś mnie jednak chciał - puściłam mu oczko i zostawiłam zdezorientowanego na środku korytarza. Bądź co bądź, nie okłamałam go. Ktoś się mną kiedyś interesował mimo, że nie miałam łatwego charakteru. On również, ale dogadaliśmy się. Ciekawa jestem mojej reakcji jak go zobaczę. Co zrobię? Będę płakać ze szczęścia, zacznę go wyzywać czy moja twarz pozostanie niezmienna? Sama nie wiem. A jaki on będzie? Przecież oboje się zmieniliśmy. Minęło tyle czasu. Jedno jest pewne. Będę chciała z nim porozmawiać. Byliśmy blisko i chętnie dowiem się co u niego słychać, co się zmieniło na gorsze czy lepsze. Jeżeli on sam zacznie pytać to ominę trochę temat szkoły. Nie musi wiedzieć jaka sytuacja tutaj panuje. Gdyby wiedział jak się daje, to by mnie wyśmiał. Zawsze mówił "przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej". Śmiałam się z tego, ale kto wie.. Może bym właśnie planowała jak przemówić Amber do rozsądku znając jej słabe punkty? Możliwe..

Gdy opuściłam pomieszczenie udałam się do pokoju odwiedzin. Tam schowałam się jak poprzednio za jedną z kanap i włożyłam słuchawki do uszu. Przeczekałam resztę czasu do lekcji, a później ignorując całe otoczenie udałam się do sali. Cały dzień na szczęście miałam dzisiaj spokój, nikt się nie czepiał, nie gadał  i nie miałam nieproszonego gościa w ławce jak wracałam. Normalnie idealnie, ale jak zawsze coś mi spierniczy humor. Nie może być tutaj chociaż przez chwilę normalnie?! Tylko o tyle proszę.. 

Po zajęciach gimnastycznych wychodziłam spokojnie jako ostatnia z szatni, gdyż tak lubię. Niestety jeszcze nigdy to się tak nie skończyło. Mój mundurek jest do wyrzucenia, a mnie czekają długie godziny mycia włosów i nie tylko. Jakiemuś debilowi zachciało się żartów i jestem cała w niebieskiej farbie. Po prostu normalnie opuszczałam pomieszczenie, a na głowę zleciało mi wiaderko pełne substancji. Miałam ochotę się popłakać jak cofnęłam się do łazienki i zobaczyłam w lustrze swój wygląd. Cała niebieska, włosy posklejane ze sobą, a ubranie pochlapane. Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Zrobiłam coś komuś, że mnie tak męczą? Pytam. Jestem coś komuś winna?! Usiadłam w kącie i zwinęłam się w kłębek aby uspokoić nerwy. To na szczęście były nasze ostatnie zajęcia na dzisiaj, ale żeby dotrzeć do pokoju muszę przejść całą szkołę. Nie obędzie się bez szturchania, a coś nie mam teraz  siły i ochoty sprzeciwiać się tej skretyniałej bandzie. Nie wiem czemu. Może to przez rozmyślanie White'cie? Nie wiem, w każdym razie nie jest dzisiaj ze mną dobrze.


Siedziałam tak zwinięta dobre pół godziny aż w końcu się podniosłam i zaczęłam przeszukiwać szatnie, nawet męskie. Na moje szczęście znalazła się jakaś bluza z kapturem, którą założyłam zarzucając go na głowę. Chcąc być jak zwykle niezauważona przedarłam się do drugiego skrzydła  tu się mój pech skończył. Przy szafkach - Wspominałam? Nie? A to już o nich wiecie.. - stał Kastiel.

- Co tam Lozano? Komu zwinęłaś bluzę? - Zaśmiał się stojąc luźno opartym o szafkę uczennicy z młodszej klasy. Wiem to ponieważ obok jest moja, a tutaj znajdują się tylko dziewczyn, chłopcy mają po drugiej stronie.

- Nic nikomu nie ukradłam Doyle - jego nazwisko powiedziałam z taka pogardą jak tylko potrafiłam i szybko wyciągnęłam torbę z szafki. Nie chciałam prowadzić dyskusji z tym osobnikiem.

-Ale spokojnie mała, ja w pokojowych zamiarach.

- Yhym.. - mruknęłam i zaczęłam odchodzić, a on zrobił coś czego nie powinien. Pociągnął kaptur.

- Hahahaha! Co jest Vico? Kolorek chciałaś zmienić? - Wybuchł śmiechem, a ja wyrwałam mu kaptur i ponownie założyłam. - Pasuje ci mała..Hahahaha..! - Dusił się ze śmiechu przez co zaczął się zbierać tłum. jeszcze tego mi brakowało. Zaczęłam się szybko ewakuować. 

- A ty dokąd? - Pojawił się jakiś koleś, którego widziałam pierwszy raz na oczy i zagrodził mi drogę. - Co tak bawi naszego przyjaciela? - Zapytał i zrzucił mój kaptur, a po tym.. No cóż, chyba nie muszę mówić jaki wstyd poczułam, bo cała szkoła zaczęła się nabijać.

- Oj Lozano, musisz bardziej uważać - zaśmiał się Kastiel, a ja nie wytrzymałam. Podeszłam, zdzieliłam go w twarz i uciekłam. Już nie zwracałam na nic uwagi. Wbiegłam do pokoju, szybko złapałam dres i kosmetyczkę po czym zamknęłam się w toalecie. Dziewczyny się coś dobijały, ale zablokowałam drzwi. Przez pierwszą godzinę po prostu siedziałam w prysznicu na zwinięta w kłębek i się trzęsłam. Płakałam. Coś pękło i nie mogłam powstrzymać łez. Dopiero wściekłe krzyki i walenie mnie wyrwało z takiego stanu. Wstałam i w ciągu półtorej godziny doprowadziłam włosy do porządku. Gdy opuściłam pomieszczenie patrzyły na mnie jak na zjawę, a ja tylko podeszłam do łóżka i się położyłam. rozpacz mi przeszła. Teraz byłam wściekła. Kto mi to zrobił? Przecież w tej chwili to oczywiste. Nagle był przy mojej szafce, zaczepił, a następnie ten koleś i kaptur. To wszystko było zaplanowane. On chciał mnie ośmieszyć. O nie Doyle.. Nie dam się łatwo. Już nie zapłaczę. Będziesz przepraszał, ale na początek coś zwykłego..

________________________________________________

Rozdział zapychacz. Mam nadzieję, że nie jest tak zły jak uważam..